tomasz machura - strona domowa

Tydzień drugi

21 stycznia 2010 17:44:21 | Kategorie: Erasmus, Studia, Życie | Dodaj komentarz

Weekend
Większą część weekendu spędziłem zajmując się projektami na uczelnię. Jedynie w sobotę rano wybrałem się na spacer po okolicy celem pstryknięcia kilku fotek. Ilość ludzi na ulicach w weekend jest podobna jak w tygodniu. Po wycykaniu uczelni poszedłem szukać jeziorka które widziałem z autobusu podczas wycieczki. Po drodze znalazłem inne - ukryte między budynkami, nieduże zamarznięte jeziorko. Troszkę ludzi biegało, spacerowało z psami, robiło zdjęcia. Nad drugim jeziorem było znacznie więcej ludzi. Większość na biegówkach jeździła zarówno po jeziorze jak i po ścieżkach dookoła. Miałem wrażenie, że więcej ludzi jest tutaj, niż w mieście. Widziałem też kilka osób kąpiących się w wodzie i tarzających w śniegu (było ok. -10stC).

W niedzielę wieczorem poznałem mojego współlokatora - włocha.

Pierwszy wykład - Neural Computation
W poniedziałek miałem pierwsze zajęcia - wykład z "Neural computation". Tyle słyszałem o punktualności finów, że to ważne, cenione i w ogóle, więc wyjątkowo postarałem się być przed czasem, zwłaszcza że musiałem jeszcze znaleźć salę. Numeracja sal na uczelni jest trochę zakręcona, ale praktyczna. Np. sala TB222 jest to sala nr. 22 w budynku T, na korytarzu B, na 2 piętrze. Była to mała sala wykładowa - na najwyżej 40-50 osób. Miała wszystko co trzeba - dwie tablice, rzutnik i rzutnik do przeźroczy. Na początku bardzo fajną rzeczą wydały mi się wieszaki na ubrania z tyłu sali. Wykładowcą był starszy już człowiek, mówił po angielsku wystarczająco dobrze, choć czasem musiał zrobić chwilę przerwy na zastanowienie. Po tym jak zaczął się wykład, wciąż przychodzili ludzi. Co chwilę. Każdy wchodził, wieszał kurtkę, przeciskał się do wolnego miejsca (często inni musieli przez to wstawać i składać blady przed sobą) i siadał. W momencie kiedy siadał, wchodziła następna osoba - całkiem jakby się zmówili. Ostatnia osoba weszła jakieś 30 minut po rozpoczęciu zajęć. W połowie (wykład miał trwać1,5h) prowadzący zapytał czy zrobić przerwę. Parę osób jej potrzebowało, więc zostało ogłoszone 15 min. W tym czasie udało się dowiedzieć, że nie straciłem żadnych ćwiczeń w pierwszym tygodniu, a materiały (slajdy) będą dostępne na stronie. Po przerwie, nikt nie wpadł na pomysł, żeby powiedzieć ludziom na zewnątrz że się skończyła, więc powtórzyła się sytuacja z początku wykładu. Generalnie wykład oceniam pozytywnie. Konkretny, parę ciekawostek było (choć o wszystkich słyszałem wcześniej) prowadzący wydaje się sensowny. Mam tylko wrażenie, że w porównaniu do naszych wykładów, zostało wyłożone znacznie mniej informacji. Później tego dnia udało mi się ustalić pin mojej karty studenckiej. Dzięki temu będę mógł wchodzić na uczelnię jak będzie zamknięta - w nocy lub w weekendy.

Stołówka
Wybrałem się też na stołówkę. Jedna z nich jest czynna do 16, więc najprawdopodobniej tam będę się stołował. Przy pierwszym posiłku załadowałem kartę studencką pieniędzmi na dziesięć obiadów i teraz mogę nią płacić przy kasie. W porze szczytu znacznie wygodniejsze rozwiązanie. Dowiedziałem się już jak działa stołówka. Do wyboru są cztery dania, w różnych cenach - wypas, trochę tańsze, wegetariańskie i całkiem małe.

Nordea
Udało mi się również otworzyć konto w tutejszej Nordei. Problemy się pojawiły, kiedy okazało się, że mam pytania co do formularza który muszę wypełnić, a obsługująca mnie babka anielski to tak średnio zna. Skończyło się na tym, że otworzyła słownik fińsko- angielski i dała mi klawiaturę. I tak sobie pisaliśmy i machaliśmy rękami po ekranie, ale ostatecznie konto udało się otworzyć.

Laboratorium
Kilka dni później miałem pierwsze laboratorium. Generalnie oceniam je gorzej przeciętnie jest u nas. Okazał się, że zajęć nie jest dziesięć jak myślałem, ale pięć. Co tydzień w dwóch terminach - można sobie jeden dowolnie wybrać, beż żadnych zapisów. Aby je zaliczyć, wystarczą trzy obecności. Sala oczywiście trochę przeludniona, średnio przy dwóch komputerach pracowały trzy osoby. Zadania głównie polegały na wklejeniu kodu do matlaba, sprawdzeniu jaki wpływ na wynik ma zmiana różnych parametrów i obejrzeniu kilku symulacji. Całość się dało zrobić w 45 minut. Powiedzmy, że spodziewałem się czegoś więcej.

Software Business
W tym tygodniu miałem też dwa wykłady z Software Business. Każdy teoretycznie miał po cztery godziny, w praktyce w tym czasie była krótka przerwa i przerwa na obiad. Jak dla mnie to było takie niemal typowe gadanie o niczym. Trochę o tym jak wygląda rynek oprogramowania, jak dzielą się firmy, jakie są strategie i cała masa innych tego typu rzeczy. Nie czuję się w żaden sposób wzbogacony tą wiedzą. Swoją drogą to też śmieszny przedmiot - składają się na niego właśnie te dwa wykłady, zaliczenie z wykładów, business plan (w grupach) i egzamin ustny. Całość w ciągu dwóch okresów (jakieś 4 miesiące).

Saha
W piątek wieczorem była zorganizowana impreza na uczelni. Drobny poczęstunek, występ chóru akademickiego i zespołu kabaretowego. Całość odbywała się na jednej ze stołówek. Było krótko, ale bardzo ciekawie, chłopaki z kabaretu dużo improwizowali, była kupa śmiechu. Później przenieśliśmy się na imprezę (a właściwie kilka równoległych) do akademika. Udało mi się poznać trochę ludzi, w tym dwójkę polaków. Wieczorem pojechaliśmy do centrum do klubu 'Saha'. Początkowo nawet mi się tam podobało, ale później zrobił się straszny ścisk, zmienił się rodzaj muzyki i miałem ochotę już uciekać. Do akademika wróciliśmy gdzieś między trzecią a czwartą.

Resztę weekendu spędziłem w akademiku, nadrabiając rzeczy na uczelnię w domu.

Dzień drugi

08 stycznia 2010 21:55:04 | Kategorie: Erasmus, Studia, Życie | 2 komentarze

Dziś nie działo się już tak dużo jak wcześniej. Rano odbywały się prezentacje poszczególnych wydziałów. Przyszedłem tylko na dwa pierwsze, później odebrałem swoją kartę studencką. Daje ona dostęp do określonych pomieszczeń (w tym do uczelni po godzinach zamknięcia), jest kartą biblioteczną i o ile dobrze zrozumiałem można nią płacić za różne rzeczy (w tym obiady) - to akurat zweryfikuję później.

W połowie drogi między uczelnią i moim akademikiem jest centrum handlowe. Najważniejszym jego punktem jest prawdopodobnie Lidl. Zrobienie zakupów trochę mi zajęło, nie mogłem się oswoić z innymi opakowaniami wielu rzeczy i częstym brakiem angielskiego opisu. W domu zrobiłem sobie śniadanie - płatki z mlekiem. I jedno i drugie trochę inne niż u nas. O ile płatki mają tylko minimalnie inny smak (pewnie dlatego, że wziąłem najtańsze) o tyle mleko jest jakieś całkiem inne. Smakuje chyba trochę jak woda z mlekiem. Chleb oczywiście inny niż nasz, ale razem z fińskim słonym masłem nie smakuje najgorzej.

O 13:30 zaczęła się objazdowa autokarowa wycieczka z przewodnikiem po mieście. Tampere okazało się trochę większe i dużo ładniejsze niż się spodziewałem. Po powrocie mieliśmy jeszcze jedną prezentację - tym razem była to poprowadzona na luzie 'Finland for dummies'.

Po 16 wróciłem do domu, zjadłem obiad i zabrałem się za różne rzeczy: zgranie i przygotowanie zdjęć, uzupełnienie tego bloga i fotograficzne wyżycie się po robieniu zdjęć na ilość przez okno pędzącego busa. Wszystko się udało.

Dzień pierwszy

08 stycznia 2010 21:36:57 | Kategorie: Erasmus, Studia, Życie | Dodaj komentarz

Już dawno nie widziałem, żeby ktoś tak mocno spał - budzik Venkiiego rano dzwonił sześć razy (co 5 minut), za każdym razem przez jakąś minutę (znacznie głośniej niż normalnie słucham muzyki) zanim zdołał go obudzić. Wyszliśmy na uczelnię trochę przed dziewiątą, powoli zaczynało robić się jasno. Na ulicach było niewiele więcej ludzi niż w nocy - po drodze minęliśmy kilka, kilkanaście osób. Samochodów też nie jeździ zbyt wiele.

Pięć głównych budynków uczelni stoi zaraz obok siebie, kilkaset metrów od akademików. Wszystkie są połączone ze sobą korytarzami, dzięki czemu można spędzić na uczelni cały dzień nie wychodząc na zewnątrz. Myślę, że częściowo tłumaczy to bardzo małą liczbę ludzi na ulicach. Rolę szatni pełnią wolno stojące wieszaki na korytarzach. Miejscami jest ich kilkadziesiąt, gdzie indziej kilkaset. Nie ma na nie osobnych pomieszczeń, ani nikogo ich pilnującego. Na wszystkich wydziałach wszędzie jest wifi. Jest sklepik papierniczy z podręcznikami, są trzy stołówki, it helpdesk, biuro międzynarodowe i trochę różnych biur w których załatwia się bliżej mi nieznane sprawy.

Po drobnym poczęstunku mieliśmy prezentacje nt. zajęć sportowych, bezpieczeństwa danych i klubu studenckiego INTO. Potem poszliśmy razem z naszymi tutorami na lunch. Tutorzy są to osoby które się nami opiekują i starają się we wszystkim pomagać - moimi jest Venkii i finka Paulina. Każda para tutorów zajmuje się około czterema osobami. W naszej 'grupie' jest jeszcze francuzka Iris (sympatyczna, ale jej akcent działa na wyrazy jak dobra funkcja hashująca), rosjanka Olga (dziwna, ma pełno pytań i co chwilę znika) i jakiś chłopak którego imienia nie zrozumiałem, w ogóle mało go rozumiałem, mało też mówił i szybko gdzieś zniknął. Zwrócił na siebie moją uwagę, bo był dosyć do mnie podobny - krótkowłosy brunet w okularach, w dokładnie tym samym polarze, jeansach i górskich butach.

Stołówka jest samoobsługowa - bierzesz tacę, talerz, sztućce i zabierasz z pojemników na co masz ochotę w określonych maksymalnych ilościach. Dokładną zależność ceny od typu wziętych rzeczy muszę jeszcze doczytać, bo na razie nie mam pojęcia jak to działa. Generalnie dostępne były ziemniaki, ryż, jakieś wysmażone mięcho, sos, zestaw surówek, pieczywo (różne, w tym jakieś tradycyjne fińskie, nie próbowałem bo zorientowałem się za późno) napoje (ludzie piją tu mleko do obiadu, jest też bezalkoholowe domowe piwo - ciekawie smakuje, jest sok z lodem, za dopłatą jest też coca-cola, itp.). Całkiem możliwe, że coś przeoczyłem, bo kręciła się tam masa ludzi. Całkiem niezły obiad kosztował trochę ponad 2e.

Później były prezentacje o innej organizacji studenckiej, opiece zdrowotnej, Tampere oraz o szoku kulturowym. Po tym wszystkim spotkałem się z Venkii, żeby pójść do niego po moje rzeczy i pójść do mojego akademika. Kiedy już udało nam się znaleźć moje mieszkanie, okazało się, że Venkii zostawił moje klucze w swoim pokoju. Pół godziny później udało nam się wejść do środka.

Wygląda na to, że nikt tu nie mieszka. W mieszkaniu unosił się dziwny zapach (chyba nie było długo wietrzone), trochę różnych rzeczy się wszędzie poniewierało. Był komplet garnków (a raczej przegląd wszystkich kompletów), dużo jeszcze dobrych rzeczy w kuchni (przyprawy, jakieś puszki, kawa, cukier, itp.). W moim pokoju było czysto, nic nadmiarowego - biurko, łóżko, materac, krzesło, szafa i mniejsza szafka. Niezły widok z piątego piętra. Drugi pokój był zamknięty, trzeci otwarty. Była w nim masa rzeczy - pełno ubrań w szafie, trochę rzeczy na biurku. Ale śladów mieszkańca w ogóle.

Rozpakowałem się, podkradłem skrętkę z sąsiedniego pokoju i wreszcie wziąłem upragniony prysznic, pierwszy po podróży. Odpocząłem trochę przy kompie i około dwudziestej zebrałem się na imprezę do pubu. Ominęło mnie food party - ale byłem zbyt zmęczony żeby się tam śpieszyć. W pubie poznałem kilka nowych osób m.in. dwóch czechów, hiszpankę i polaka o którym wcześniej słyszałem. Piwo jest tutaj raczej drogie: duży Foster kosztuje normalnie 4e, dla studentów 3e. Normalne ceny dla innych to Strongbow 5e, Pilsner 5,5e. Generalnie średnia (bez zniżki) wydaje się być w okolicy 4e. W domu byłem chyba przed 23, wszyscy się gdzieś porozchodzili. To był bardzo długi dzień.

Długa droga

08 stycznia 2010 20:02:08 | Kategorie: Erasmus, Studia, Życie | 3 komentarze

Dziś kończy się mój pierwszy dzień pobytu na wymianie studenckiej w Tampere w Finlandii. Z powodu zwykłej oszczędności czasu, postanowiłem, że będę opisywał całą moją przygodę na blogu - zamiast codziennie pisać kilku osobom jak mi minął dzień, opiszę wszystko raz, a porządnie. Zacznijmy więc od początku - od wyjazdu.

Wtorek, 5 stycznia, poranek. Ostatnie pakowanie, przegrywanie ważniejszych rzeczy na laptopa. O 14:12 miałem autobus na dworzec kolejowy w Sosnowcu. Na przystanek odprowadziła mnie babcia. W Sosnowcu wydrukowałem bilet na autobus, kupiłem bilet na pociąg, po czym poszedłem z Pauliną na gorącą czekoladę. Pociąg odjechał mniej więcej punktualnie, kilkanaście minut po trzeciej ruszyłem do Warszawy Zachodniej.

Konduktor powiedział, że więcej wolnych miejsc jest z przodu pociągu, więc zacząłem się tam powoli przetaczać. Po mniej więcej trzech wagonach dałem sobie spokój - przeciskanie się z wielkim plecakiem i walizką było zbyt męczące. Usiadłem w pierwszym względnie wolnym przedziale, razem z dwoma mężczyznami. Pociąg (TLK) zaskoczył mnie - wszystko było w naprawdę dobrym stanie, bardzo czysto, jechał szybko i nie rzucało jak w regionalnych. Na korytarzu były wyświetlacze z aktualną godziną, prędkością (średnio 128-130km/h), trasą i dystansem do następnej stacji. Całkiem przydatna rzecz. Bez problemów dostałem się na miejsce.

Na dworcu wystarczyło iść za znakami do dworca PKS. Nawet nie musiałem wychodzić z budynku. Jako że pociąg miał tylko minimalne opóźnienie (spodziewałem się dużo większego) spędziłem w zimnej, dworcowej poczekalni około dwóch godzin, siedząc i obserwując ludzi. Okazało się, że wszyscy którzy wyglądali na obcokrajowców, jechali ze mną busem. Wreszcie podjechał autobus. Czekając w kolejce zacząłem rozmawiać z jakimś chłopakiem. Później usiedliśmy razem. Był siedemnastoletnim amerykaninem, który większą część życia spędził mieszkając w rosji, resztę na podróżach. Opowiadał o tym jak był z ojcem w korei, stanach i w panamie. W białymstoku podczas przesiadki poznaliśmy jeszcze jednego ciekawego chłopaka (o ile pamiętam hindusa) , który też podróżował po całej europie. Rano w Wilnie przesiedliśmy się do nowego autobusu. Strasznie zimno. Później jechaliśmy cały czas autostradą bałtycką ('via baltica') między innymi przez Rygę i Parnu do Tallina. W Rydze wysiadła większość ludzi - została nasza trójka, jakaś młoda para i jeden chłopak. Droga przez kilkaset kilometrów wyglądała tak samo - pobocza pełne śniegu, wysokie, pełne śniegu choinki i niemal idealnie odśnieżona droga. Do Tallina dotarliśmy o czasie, dzięki czemu spokojnie zdążyłem na prom o 17:30 którym planowałem płynąć. Autobus zatrzymał się bezpośrednio pod terminalem w porcie.

Przy kasie okazało się, że bilet kosztuje odrobinę więcej niż myślałem (nie wiedziałem, że oglądałem bilety ze zniżką 'internetową'), a w kasie nie można płacić euro. Kurs w kantorze też nie był szczególnie korzystny, więc wyszło jeszcze troszkę drożej. Prom był wielki, po wejściu do środka czułem trochę jak w centrum handlowym, a trochę jak w hotelu. Trzy pokłady dla samochodów, trzy dla podróżnych. Znalazłem sobie miejsce razem z innymi gdzieś z boku, na podłodze. Dwie godziny później (około 19:30) byłem już w Helsinkach.

Początkowo zamierzałem przejść się z portu na dworzec, ale ostatecznie postanowiłem pojechać autobusem. Widziałem bardzo niewielką część miasta, ale wystarczyło, żeby zrobić na mnie wrażenie. Na pociąg musiałem chwilę zaczekać. Na szczęście mimo święta jeździły normalnie. Wyruszyłem dalej z lekkim opóźnieniem około godziny 21:15. Pociąg również robił wrażenie - bardzo cichy, zadbany, nowoczesny. Do Tampere dojechałem już całkiem sporym opóźnieniem trochę przed północą.

Na dworcu odebrał mnie Venkii, mój tutor - bardzo sympatyczny hindus w moim wieku. Do dzielnicy akademickiej (Hervanta) dojechaliśmy autobusem. Z powodu święta nie udało mu się odebrać moich kluczy do pokoju, więc mnie przenocował.

W ten oto sposób po około 33 godzinach podróży znalazłem się w akademiku.


home - gry - programy - teksty - blog - autor - kontakt - stat4u
Copyright © 2004 - 2007 Tomasz Machura